Było i jest teraz

Parę słów o tym jak było i jak jest teraz. Dzieje się bardzo wiele, albo nie dzieje się nic.

Po przyjeździe mieszkałem w małym apartamencie w dzielnicy Cidade Jardim (Garden City). Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem po przejściu przez próg mieszkania, była sterta pudełek. Dowiedziałem się wtedy, że na dniach się będziemy przeprowadzać. Jednak to "na dniach" trwało prawie cztery tygodnie.

Pierwsze mieszkanie było bardzo fajne. Małe, niskie, dla mnie trochę klaustrofobiczne, ale mimo tego było bardzo przytulne. Takie mieszkanie. Dzielnica bardzo dobra, południe miasta. Pięć minut biegu od niego było świetne miejsce do biegania, zaraz na granicy faweli. Mały sztuczny staw, a wokół niego ścieżka do biegania i trochę sprzętu do ćwiczeń.

Nowy apartament jest w dzielnicy Grajaú. Dzielnica jeszcze lepsza, jeszcze bardziej na południe. Apartament jest bardzo duży i wysoki. Pełno w nim przestrzeni i szkła. Wokół całego apartamentu jest olbrzymi taras. Można sobie wyjść wieczorem i popatrzeć w niebo. Rewelacja. Mankamentem, który jest obecnie i będzie jeszcze przez parę dni, to brak Wi-Fi. Czasem łapię jedną niezabezpieczoną sieć, ale transfer jest straszny, więc ledwo udaje mi się ściągnąć pocztę. Teren do biegania jest tutaj dużo gorszy. Jest jedna ścieżka, ale biegnie ona dokładnie, między dwoma pasami dosyć ruchliwej drogi. Będę musiał szybko znaleźć coś innego. Może jakiś park w okolicy.



Ludzie, których poznałem do tej pory, są bardzo różni. Większość z nich jest bardzo otwarta i ciepła, jednak kilka osób dało się też poznać z nie najlepszej strony. Problemem mieszkańców Brazylii jest brak punktualności i to że czasem nie można polegać na danym przez nich słowie. Jednak takich przykładów było bardzo niewiele, więc nie chcę się rozpisywać. Ogólnie wszyscy są bardzo koleżeńscy. Chciałbym się trochę nauczyć tej otwartości i przywieść ją ze sobą do Polski.

Ekip mam tutaj kilka. Każda z ekip jest niezależną ekipą. Jedna z nich to znajomi Dayane, mojej host-sister. Kolejna ekipa, to ludzie z uczelni. Jeszcze jedna, chyba ulubiona ekipa, to Moises i Sarah. Zawsze w trójkę staramy się mieć jakiś plan na weekend, albo wieczór. Jest jeszcze ekipa z kursu tańca. Trochę ludzi z wymiany, jednak z nimi spędzam najmniej czasu. No oczywiście nie mogę zapomnieć o swoich gospodarzach. Są to bardzo fajni ludzie, z którymi lubię spędzać czas. Nie mówią po angielsku, a ja praktycznie nie mówię po portugalsku. Więc staramy się rozumieć bez słów, dogadywać łamanym angielsko-portugalskim, rysować to co chcemy powiedzieć, albo szukamy jakiś słów w takim małym słowniku - dodatku do rozmówek polsko- portugalskich. Zawsze podkreślają że jestem ich synem i że ich dom jest moim domem. To naprawdę bardzo miłe, jednak mój dom jest gdzie indziej. Ale i tak zawsze fajnie jest mieć dwa domy.

Jest też kilka problemów. W odległościach, w bezpieczeństwie i w cenach, no a czasem bariera językowa jest nie do przeskoczenia. Po mieście nie należy się poruszać w nocy, a każdy mieszka w bardzo różnych częściach miasta. Nieraz odległości przekraczają 10-15 km. Więc każde spotkanie musi być zaplanowane wcześniej. W momencie, gdy ktoś się rozmyśli, to najczęściej plan się pali. Żeby się dostać na spotkanie, najlepiej wziąć taryfę, która jest bardzo droga. W lokalach też jest nie najtaniej. Gdyby miasto było trochę mniejsze, albo ludzie nie byli tak bardzo rozsiani i przy tym wszystkim byłoby bezpieczniej, to stan ten byłby idealny.

Brazylia jest praktycznie wielkości europy, a Minas Gerais - stan w którym mieszkam, jest wielkości Polski. Aby gdzieś pojechać trzeba mieć samochód, albo jechać autobusem. Kolej, która jest bardzo słabo rozwinięta, służy głównie do przewozu surowców. Można też oczywiście latać między miastami, ale jest to dosyć droga zabawa. Bardzo ciężko jest się wydostać z miasta. Jednak teraz zdecydowałem się trochę po podróżować.

Praktyka. Nie jest do końca taka, jaką ją sobie wyobrażałem. Nigdy nie można polegać na swoich wyobrażeniach. Przez pierwsze dni, przychodziłem tylko po to, by nic nie robić, bo nikt nie dawał mi nic do zrobienia. Było to dla mnie bardzo demotywujące, wręcz frustrujące. Muszę gdzieś przychodzić, żeby się nudzić. Ja tak żyć nie umiem. Po kilku rozmowach z moją supervisor, udało się nam w końcu wypracować wspólne stanowisko na temat moich zajęć na praktyce. Razem z kilkoma studentami, będę robił analizę użyteczności pięciu serwisów internetowych, tutejszych uczelni. Jak dla mnie temat bardzo ciekawy. Inni nie mieli takich problemów z praktyką na tej uczelni. Moja supervisor, ma dosyć duże opory w mówieniu po angielsku, więc zamiast próbować rozmawiać, stara się nie dawać możliwości rozmowy. Przy tym wszystkim ma niesamowitą wiedzę z dziedzin, które bardzo mnie interesują. Więc robię wszystko, by ta współpraca się jakoś układała. Jednak ostatnie dni, gdy nie miałem żadnej konkretnej propozycji, ani nawet wizji pracy, spowodowały u mnie totalny dysonans. Cały czas mam jeszcze temat z FP, więc to jest jedyna konstruktywna materia, w jaką się zagłębiałem w pracy, przez ostatnie dni.

Ten widok przelatującego czasu, bez żadnego postępu, trochę mnie zmiażdżył. Wyrywam się cały, by coś robić, ale jestem hamowany. Muszę na nowo uporządkować wszystko, co się dookoła mnie wydarza i nie wydarza. Bo taki stan zawieszenia jest nie do wytrzymania. Zacząłem znów słuchać starych płyt Pidżamy Porno, wspomnienia same do mnie wracają. Jest teraz 21:11, a za oknem właśnie rozpętała się burza. Idę postać trochę w naprawdę dużej ulewie.

Komentarze

  1. Huh, Fajnie, ze tak szybko napisałeś coś o wspomnianych rzeczach, daje to znacznie szersze pojęcie o twoim wyjeździe :). Cóż, jak tak czytam mam uczucie, ze no napewno wrócisz z olbrzymim workiem doświadczenia, ciekawych opowieści, brazylijskich kawałów, przypowieści i pamiątek, tak sam jakoś teraz, po poczytaniu trochę twojego bloga, nie widzę się na takim wyjeździe. Tak jak nie miałem wcześniej takich oporów, teraz raczej przy podobnej okazji wyjazdu w takie miejsce chyba zastanowię się kilka razy. Może to tylko twój styl pisania, ale wydaje mi się, że masz na tym wyjeździe więcej problemów niz przyjemności, jak to jest? Gdybyś wiedział co wiesz teraz a jednocześnie nigdy tam nie był, pojechałbyś?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet bym się nie zastanawiał, tylko bym pojechał. Życie tutaj jest zupełnie inne, niż te które miałem do tej pory. Tutaj są takie kontrasty, jakich nie spotka się w europie. Mam wiele przyjemności, dzięki ludziom, których poznałem. Jest dużo rzeczy, które są trudne, ale dzięki temu mogę się wiele nauczyć. Każde doświadczenie jest cenne, nawet to z pozoru ciężkie. Ostatnie dni dały mi trochę w kość, ale takie jest życie.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty