Campinas

Autobus firmy przewozowej Gontijo gnał drogami Minas Gerais. Noc minęła szybko, nadzwyczajnie szybko. Dziewięć godzin jazdy, wręcz niezauważalne. W autobusie jechało może dziesięć osób, na pewno nie więcej. Dzięki temu, miałem dużo miejsca, by w dopuszczalnych granicach autobusowej wygody, ułożyć się do snu. Jak to zwykle w podróży, towarzyszyły mi przeróżne sny. Coś sprawia, że akurat te najczęściej pamiętam. Oczywiście fragmentarycznie. I tak w śnie widziałem jak w swoich czarnych, schodzonych sandałach wchodzę w śnieg. Śniegu było naprawdę dużo, a ja nie mając innego wyjścia, musiałem iść przed siebie. Na południu Brazylii średnia temperatura jest trochę niższa, ale żeby aż tak niska?

W Campinas okazało się jednak, że śniegu na ulicach nikt nie widział. Odetchnąłem z ulgą. Mimo wczesnej pory, mogłem poczuć na twarzy ciepły, przyjemny wiatr.

Przed dworcem, czekali na mnie Dana i Pietro, przyjaciele mojej siostry. Wreszcie mieliśmy się okazję poznać i spędzić wspólnie trochę czasu. Bardzo fajnego czasu. Jadąc do domu, zatrzymaliśmy się jeszcze po bagietkę. Plan był napić się kawy i zjeść śniadanie. Jednak doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie się przespać jeszcze kilka godzin.

Zanim ruszyliśmy do centrum, poszliśmy zobaczyć uniwersytet, na którym studiuje Pietro. W uczelnianym biurze podróży udało nam się zdobyć mapki miasta. Dowiedzieliśmy się też trochę o miejscach, na które warto zwrócić uwagę. Pani w biurze podróży zapewniła nas, że w mieście nic ciekawego nie ma. No cóż, mieliśmy czas przekonać się o tym.

Razem z Daną, pojechaliśmy autobusem 330 do centrum. Pogoda robiła się coraz lepsza. Śnieg z mojego snu, już dawno zdążył stopnieć. Nawet częściowo wyparować. Miasto z pozoru podobne do Belo Horizonte. Te same średnio wysokie wieżowce, przypominające częściej bloki, niż drapacze chmur. Campinas wydawało się być bardzo spokojne. Nie było tutaj takiego pośpiechu, jaki panuje w stolicy Minas Gerais. Do teraz nie wierzę, że żyje w nim ponad milion osób.
We wnętrzu starego dworca kolejowego, zobaczyliśmy wystawę, lub jej brak. Na standach wisiały plakaty, jakby reklamy innych wystaw. Pomiędzy standami, stały doniczki z kwiatami, dosyć losowe fontanny. Trochę to wszystko przypominało ogrodowe figurki - krasnale.


Mimo jeszcze kilku takich perełek, udało nam się również zobaczyć kilka bardzo fajnych miejsc.

Katedra. Z zewnątrz nie prezentowała się zbyt okazale. Boczne ściany, były dosyć mocno obdrapane, miejscami pomalowane czarnym sprayem. Tym większy był mój szok po wejściu do środka. Połączenie bieli ścian i drewna w kolorze miedzianego brązu. Każdy z elementów wydawał się być idealnie dopracowany. Nie było tam przesytu, tak często spotykanego w świątyniach. Wszystko do siebie pasowało. Biel i brąz.

Obok Jokey Club'u zatrzymaliśmy się na lunch. Restauracja nie była nadzwyczajna, przekonał nas angielski kelnerki. Zjadłem sałatkę, składającą się głównie z sałaty. Dookoła sałaty, w losowych miejscach znalazły się jeszcze pieczarki w occie, kilka grzanek i utartej marchewki. Ilość dodatkowych składników nie była rzucała na kolana.

Co najbardziej spodobało mi się w Campinas, to zieleń. Liczba skwerków, gdzie można usiąść, odpocząć, poczytać książkę jest spora. Takie oazy spokoju w centrum wielkiego miasta. Tej zieleni, tak bardzo brakuje mi w Belo Horizonte. Czuć tutaj tą miejskość miasta, że to miasto jest naprawdę dla ludzi. Można właśnie dlatego wydało mi się takie małe.

Wracając wstąpiliśmy jeszcze Merkado Central. Właściciel jednego z barów był w trakcie wywiadu telewizyjnego. Doszliśmy do wniosku, że jest to dobra reklama dla tego miejsca, więc zdecydowaliśmy się tam zostać na Açaí.

Wieczór spędziliśmy na miasteczku studenckim Unicamp'u. Poznałem kilka ciekawych osób m.in. Japończyka - Brazylijczyka, który był już trochę wstawiony i próbował mnie zeswatać z ćwierć Niemką. Ćwierć Niemka, jak wynikało z rozmowy, miała dziadka, który był niewolnikiem babci, zanim został jej mężem. W tym momencie zeszła nam rozmowa na temat, jak bardzo Brazylia jest przemieszana kulturowo i rasowo. Temat dość obszerny. Miałem też okazję porozmawiać z dwoma braćmi, zupełnie do siebie niepodobnymi, jednak to samo nazwisko i imię matki w ich dowodach w końcu mnie przekonało. Dowiedziałem się trochę rzeczy o Brazylii, gdzie warto pojechać, gdzie są najlepsze plażę i najlepsze imprezy. Podsumowując, wieczór bardzo udany.

Wróciliśmy do domu przed północą. Plan był taki, że Dana i Pietro czekają rano na listonosza i jadą do Sao Paulo. Ja czekam z nimi i jedziemy razem, albo jadę sam i spotykamy się na miejscu. Nie chciałem decydować tego wieczoru, więc nawet nie nastawiałem budzika. Chciałem pozwolić rzeczom dziać się samym. Gdy mój zegar biologiczny zbudzi mnie wczesnym rankiem, pojadę sam, gdy zbudzi mnie później, pojedziemy razem. Zasnąłem bardzo szybko.

Komentarze

  1. Dana, Pitero, dzięki za super dzień w Campinas;) Do zobaczenia;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cala przyjemnosc po naszj stronie :)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty