Inhotim

Design i natura w jednym. Tak krótko można opisać muzeum Inhotim. Czterdzieści pięć ektarów tropikalnego parku, w którym znajdują się przeróżne galerie, oraz wolno stojące ekspozycje. Park zaprojektowany według wskazówek Roberto Burle Marx'a. Najrzadsze, niespotykane rośliny, zwierzęta, architektura, sztuka.

W podróż wybrałem się z Moisesem, Sarą oraz Cederickiem ze Szwajcarii, który przez całą podróż swoim zachowaniem usiłował udowodnić, że jest najmądrzejszym człowiekiem na ziemi. No może nie na ziemi, ale przynajmniej w europie i w Brazylii. Był pierwszą osobą, podczas całego mojego pobytu, która mi wybitnie działała na nerwy. Zresztą nie tylko mnie, całej reszcie też. Mimo, że wiele razy starałem się z nim nawiązać jaką jakąś fajną konwersację, to chyba przez cały czas nie byłem dla niego godnym partnerem do rozmowy. Gdy Sarah powiedziała, że uczę ją C++, odpowiedział że to oczywiste, bo polscy pracownicy są przecież bardzo tani. Na mój komentarz do dosyć nieostrożnej jazdy brazylijskich kierowców, bardzo był oburzony, że mnie to dziwi, przecież w Rosji też się tak jeździ, a on był w Rosji i uważa, że Polska i Rosja dużo się od siebie nie różnią. Jednak w Polsce nie był, w przeciwieństwie do Moisesa - Brazylijczyka, który mu wytłumaczył, że to są dwa różne kraje. Jednym słowem dzieciak, który nigdy nie zaznały biedy, a jego kraj nigdy się nie nacierpiał tak jak Polska, czy Brazylia.

Muzeum znajduje się 60 km od miasta. Jadąc do niego przejeżdża się przez kilka zupełnie opustoszałych wiosek. Wiosek, w których czas zatrzymał się w miejscu. Jedna droga, stare, poniszczone domy, ludzie którzy siedzą na ławkach i krawężnikach przed domem. Siedzą, tylko dlatego, że nie mają nic więcej do roboty. Zupełnie nic.

Kontrast, jaki widać po przejechaniu przez bramę wjazdową Inhotim jest niesamowity. Z totalnie martwych wiosek, wjeżdża się na teren, który wygląda trochę jak z filmów science-fiction, w których przedstawia się nowoczesne, "ekologiczne" wioski. Takie wioski - rezerwaty dla ludzi, gdzie żyje garstka naukowców. Reszta świata jest zniszczona z powodu wojny nuklearnej, epidemii, meteorytu. Oczywiście zawsze znajduje się ktoś, kto dochodzi do wniosku, że takie życie w rezerwacie nie ma sensu. Że trzeba coś zrobić i wyrwać się z tej utopii. Naprawić to, co zostało przez nas samych zniszczone. Wtedy zaczyna się główna akcja filmu. Okazuje się, że wioska była tylko mistyfikacją, a głównym celem było oszukanie głównych bohaterów, etc. Jednak pozostańmy tylko przy tym wyrazistym kontraście. To dalej tylko muzeum, a świat kręci się tak samo jak się kręcił zawsze, tylko nam się wydaje że jest inaczej.

Wędrując przez park, można naprawdę uwierzyć, że jest się w zupełnie w innym miejscu w czasie. Budynki przeplatają się z egzotycznymi ogrodami, bogactwo i różnorodność roślin jest wręcz uderzająca. Jednak tego czego mi zawsze brakuje, praktycznie w każdym parku, to tej losowości, naturalności natury. Na całe szczęście wszystkie rośliny w Inhotim, są tak samo prawdziwe jak rośliny w dziczy, tylko ich umiejscowienie i pewnie też trochę kształt, są zaplanowane przez człowieka. Po drzewach biegają malutkie małpki, a w stawach i strumykach można było zobaczyć ryby, czarne łabędzie, kaczki.

Oprócz roślin, podczas spaceru można się natknąć na kilka ciekawych "pomników". Część z nich nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Jeden wydał mi się dość ciekawy, bo całkowicie wyrwany z kontekstu. Były to trzy garbusy, z pozamienianymi elementami karoserii. Efekt dosyć fajny:

Budynki robią wrażenie. Cała architektura zadziwia swoją prostotą. Bryły. Wszystko ma swoje dokładnie przemyślane miejsce w środku dżungli. Jeden obiekt spodobał mi się szczególnie. Był to budynek w kształcie prostopadłościanu. Przestrzeń przed nim była wypełniona wodą. Ni to fontanna, ni to basen. Wszystko idealnie równe. Do wejścia prowadziła tylko jedna droga, w środku której znajdowała się ławka w również w kształcie prostopadłościanu.


Ikoną Inhotim jest poniższy obiekt:



Niestety nie udało mi się dowiedzieć co dokładnie przedstawia. Dla mnie wygląda to trochę jak Stonehage. Przeznaczenie tej konstrukcji jest na pewno zupełnie inne, a co się tyczy kolorów, to pozwolę sobie zostawić to bez komentarza.

Wystawy i instalacje sprawiły że miałem mieszane uczucia. Część z nich była niezła. Niektóre były bardzo proste. Złożoność prostoty. Jak coś jest proste, znaczy że jest bardzo przemyślane. Bo łatwiej jest coś skomplikować, niż coś uprościć. Część instalacji była zbyt wyszukana. Wydaje mi się że niektórzy artyści, za bardzo się silą. Robią coś tylko po to by, ludzie zastanawiali, co autor miał na myśli. Autor oczywiście nie miał nic na myśli, ale ratuje się tym, że ludzie myślą, że jednak coś miał na myśli. Wtedy może sobie bezpiecznie usiąść w swojej pracowni i powiedzieć: "Znowu mi się udało zrobić coś bez większego sensu, a ludzie są przekonani że to jest sztuka.". Wielkie kłamstwo. I tak zobaczyłem ścianę wypełnioną ludzkimi organami, zwiniętą w kulkę folię ogrodzoną różnymi rodzajami płotów, butelki wypełnione czerwonym płynem w pajęczej sieci, czy też film o mrówkach.

Kilka rzeczy mi się bardzo spodobało, a obcowanie z dobrym designem dało mi kilka ciekawych pomysłów. Niestety nie wolno było robić zdjęć we wnętrzach. Więc wszystko, co według mnie było warte uwagi, starałem się jak najlepiej zapamiętać.

Wracając z Inhotim podjechaliśmy jeszcze na tak zwany "Top of the World". Promienie zachodzącego słońca. Coś sprawia, że takie widoki pozostają nam w pamięci na bardzo długo.

Cała podróż była świetna. Nie tylko ze względu na wrażenia, ale też ze względu na ludzi, z którymi pojechałem. Mimo, że Cederick swoją retoryką, kilka razy próbował wyprowadzić nas z równowagi, to przy tym wszystkim mogłem się poczuć dumny, że jestem polakiem. To był jeden z najlepszych wypadów jakie do tej pory tutaj miałem.

Komentarze

Popularne posty