Komunijny rowerek

Przygód w Sao Paulo dzień ostatni.

Zbudziłem się po czterech godzinach. Była dziewiąta rano. W cenę noclegu było wliczone śniadanie. Taka miła niespodzianka. Zjadłem płatki ze świeżymi owocami - ananasem i mango. Do stolika, przy którym oprócz mnie siedziała Claire, przysiadł się Simon. Wyglądało na to, że był w taka samo dobrej kondycji jak ja. Bawił się w nocy równie długo.

Simon zaproponował, żebyśmy wypożyczyli rowery i w ten sposób zwiedzili miasto. Zgodziłem się od razu. Przed wyjściem wymeldowaliśmy się i zostawiliśmy nasz bagaż w skrytce hotelowej. Nauczony epizodem z dnia poprzedniego, w którym zginęła moja bluza, zacząłem jeszcze bardziej pilnować swoich rzeczy.

Idąc na stację miałem okazję porozmawiać trochę z Simonem. Ciekawy z niego gość. Dawniej był programistą, jednak w pewnym momencie zdecydował się zmienić swoje życie. Zrezygnował z pisania kodu. Obecnie jest właścicielem dwóch siłowni na Manhattanie i trenerem boksu i Capoeiry.

Wypożyczalnia rowerów mieściła się tuż obok stacji metra Vila Magdalena. Taki kiosk, ze stojakiem na rowery. Gdyby Simon wcześniej nie wiedział o tym miejscu, to na pewno byśmy go nie znaleźli. Fajnie tak ukrywać atrakcję przed turystami.

Wypożyczenie rowerów trwało dosyć długo. Otóż po raz kolejny musieliśmy zobaczyć czym jest Brazylijska biurokracja. Ta biurokracja, która uderza głównie w obcokrajowców spoza ameryki łacińskiej. Po pokazaniu paszportu i wizy, podaniu imion rodziców i pokazaniu świstka ze zdjęciem, który otrzymałem na policji, przyszedł czas na adres tymczasowego zameldowania w Sao Paulo. Podaliśmy adres Casa Club. Ostatnią rzeczą, która była niezbędna do wypożyczenia roweru, był numer karty kredytowej. Pokazałem swoją kartę, dziewczyna przepisała numer do formularza, jeszcze podkreśliłem że jest to karta debetowa, nie kredytowa. Taka Polska uczciwość. I w tej sekundzie zaczął się problem. Okazało się że jest to bardzo duża różnica i nie mogę wypożyczyć roweru, nie mając karty kredytowej. Dziewczyna, musiała zadzwonić do swojej przełożonej. Ta kazała jej zadzwonić do hostelu zapytać, czy na pewno jestem tam zameldowany. W hostelu powiedzieli jej, że wymeldowałem się rano. No i zrobił się jeszcze większy problem. Simon tłumaczył jej po hiszpańsku, że naprawdę chcemy wypożyczyć te rowery i że musi coś wymyślić, a nasz bagaż cały czas jest w Casa Club. W końcu zadzwoniliśmy do Jacoba, właściciela Casa Club, z którym imprezowaliśmy poprzedniej nocy. Wytłumaczył dziewczynie, że my to naprawdę my. Udało się. To wszystko trwało prawie godzinę. Czułem się jakbym wypożyczał porsche, które właśnie zeszło z taśmy produkcyjnej.

No nic, stałem i czekałem na swoje porsche. Chłopak, który pracował w wypożyczalni, podszedł do stojaka i odpiął jeden z rowerów. Wtedy przed moimi oczami ukazała się scena z mojego dzieciństwa.

Moje pokolenie, to pokolenie rowerków komunijnych. Każdy chciał dostać na komunię rower. Wcześniej były zegarki, później komórki, laptopy, lustrzanki, aż się boję pomyśleć o co teraz dzieci męczą swoich ukochanych rodziców. Ja i moi rówieśnicy marzyliśmy o rowerku. Nie takim zwykłym, ale górskim, one wtedy stawały się bardzo popularne. Rowerek z osiemnastoma przerzutkami Shimano SIS, z kolorową ramą, wygodnym siodełkiem. Amortyzatory, to raczej jeszcze nie ten etap, ale jak ktoś miał szczęście, to czasem licznik się trafił od jakiejś dalszej cioci, wujka. Pamiętam jak strasznie chciałem dostać taki rowerek. Na kilka dni przed komunią, nie potrafiłem zasnąć, bo cały czas o nim myślałem. Byłem zdesperowany. Nie mogłem już wytrzymać, tak bardzo chciałem ten rower. Mój ojciec, słynący z doskonałego poczucia humoru, zapewniał mnie, że niestety, ale rowerka nie będzie. Co wywoływało u mnie ataki płaczu i histerii. Jak to? Przecież każdy z moich kolegów taki rowerek dostanie. Tylko nie ja. Tłumaczyłem rodzicom, jak można tę sprawę rozwiązać, że mogą podskoczyć jeszcze dzisiaj go kupić, jak do tej pory nie mieli czasu, albo pieniędzy, to na pewno teraz już mają. Przecież komunia jest jutro! Po komunii, impreza była u babci w mieszkaniu. Pierwsza rzecz jaką się zająłem to sprawdzenie wszystkich możliwych miejsc, gdzie mógł stać rower. Był w tzw. zimnym pokoju. Byłem zachwycony. Taki o jakim marzyłem.

No i po czternastu latach od komunii przyszło mi zwiedzać Sao Paulo na dokładnie takim rowerku. Tej samej wielkości, z tymi samymi przerzutkami. No sprawa piękna, ale jestem trochę większy niż byłem, gdy miałem osiem lat.

Poprosiłem o maksymalne wysunięcie siodełka, bym mógł przynajmniej starać się na nim usiąść. Jednak pierwsza rzecz którą zrobiło siodełko to się wygięło. Trochę je obniżyłem i ruszyliśmy na rowerowy podbój Sao Paulo.

Najpierw pojechaliśmy zobaczyć Av. Paulistę - najważniejszą ulicę w mieście. Jest ona porównywana do Nowojorskiej piątej alei. Długa, z wieloma szklanymi wieżowcami, jednak dużo niższymi niż drapacze chmur na Manhattanie. Pogoda była piękna, a budynki lśniły w słońcu.


Moje siodełko całkowicie nie nadawało się do siedzenia. Więc cały czas musiałem jeździć na stojąco. Na takim małym rowerze z popsutym siodełkiem, czułem się jak skater na BMX'ie. Sao Paulo jest mocno "górzyste", nie tak jak Belo Horizonte, ale dalej nieprzeciętnie. Jazda pod górę na tak stuningowanym rowerze dawała mi nieźle w kość.

Po pewnym czasie rozdzieliliśmy się. Simon pojechał do parku Ibirapuera, a ja pojechałem zobaczyć downtown. Podobno jest tam dosyć niebezpiecznie, ale w niedziele rano można się tam w miarę spokojnie poruszać. Downtown wyglądało jakby spało. Wielkie monumentalne wieżowce. Masa ludzi na ulicach, głównie bezdomnych. Wszystko brudne i zaniedbane, tak jakby ktoś rozlał kawę na makietę miasta. Jeździłem po downtown przez kilka godzin, gubiąc się kilkukrotnie, bo wszystkie uliczki wyglądały bardzo podobnie. W niektórych miejscach płoną ogień. Nie wiem z jakiego powodu. Wszystko to przypominało Gotham City za dnia.



Kolejnym krokiem w niedzielnej podróży było spotkanie się z Daną i Pietro, którym w końcu udało się przyjechać. Poszliśmy do muzeum MASP. Nie byłem zachwycony tym co zobaczyłem. Na ostatnim piętrze były obrazy z początku dwudziestego wieku. Nie zwracałem uwagi na nazwiska artystów. Piętro niżej była wystawa jakiegoś japońskiego "artysty". Zobaczyłem może jedną, czy dwie pracę i zszedłem piętro niżej. Japońska ekspozycja przedstawiała mnóstwo poharatanych twarzy, makabryczne zdjęcia. Nie muszę karmić swojego umysłu takimi obrazkami. Ostatnia ekspozycja, również mnie nie zachwyciła. Nowoczesna sztuka. Trochę to było świeższe, ale tylko jedna rzecz mi się spodobała. Zdjęcia ludzi, którzy się uśmiechają. Sam zacząłem się śmiać.

Po wystawie poszliśmy coś zjeść i przejść się chwilę po centrum. Dana i Pietro musieli się już powoli zbierać, więc po wspólnie spędzonym weekendzie z wieloma przygodami, przyszedł czas się pożegnać.

Z Simonem byłem umówiony po siedemnastej, aby odstawić rowery do wypożyczalni. Czekałem na niego koło księgarni. Nagle na ulicy zauważyłem Octavia - chłopaka z Rio de Janeiro, którego poznałem dzień wcześniej w Casa Club. Powiedział mi, że wraca tego wieczoru do Rio. Tak się fajnie złożyło, że nasze autobusy odjeżdżały z tego samego dworca. Umówiliśmy się że pojedziemy na dworzec razem. Kto będzie pierwszy w Casa Club, czeka na drugiego.

Powoli zapadł zmrok. Simon zatrzymał się jeszcze przy straganach z pamiątkami. W nocy miał lot powrotny do Nowego Jorku. Powoli nasza rowerowa przygoda dobiegała końca. Trochę mnie to cieszyło, bo już byłem zmęczony po całym dniu jazdy na stojąco. Ale co jeszcze można zrobić na rowerze w nocy w Sao Paulo? Oczywiście można się zgubić.

Nie wyglądało to najlepiej, gdy co chwilę musieliśmy zawracać. Ulice były słabo oznakowane, albo wcale nie miały znaków. Po godzinie nie było to już takie fajne, jednak nie traciliśmy dobrego humoru. W końcu przygoda trwała dalej. Nie ma to jak zgubić się w takim mieście nocą. Wiele osób nam starało się pomóc, pokazać drogę. Jeden gość, też na rowerze, przejechał z nami spory kawałek, by wprowadzić nas na jedną z dróg. Sao Paulo w nocy wygląda wspaniale. Po wielu trudach udało nam się dostać na odpowiednią drogę i dotrzeć do wypożyczalni.


Zapłaciliśmy nie dużo. Pierwsza godzina gratis, a każda następna 2 Reale. Musiałem dopłacić za siodełko, chociaż próbowaliśmy wytłumaczyć pracownikom wypożyczalni, że to oni powinni mi zapłacić, za te wszystkie trudy jakie poniosłem. Przy tak mocno wysuniętym siodełku, nawet niewielka siła potrafi wygiąć ten niewielki kawałek rurki.

Wróciliśmy do Casa Club. Byłem przekonany że Octave już dawno pojechał i będę musiał się sam zabrać na dworzec. Ku mojemu zaskoczeniu Octave siedział przy barze z gościem z Danii i pił piwo. Gdy mnie zobaczył powiedział: "Coś tak czułem, że się zgubiliście.". Miał dobre przeczucie.

W Casa Club spędziliśmy jeszcze godzinę. Pożegnałem się z Jacobem i z Simonem. Razem z Octavem ruszyliśmy w stronę stacji metra. Wstąpiłem do klubu w którym zginęła moja bluza. Byłem zmartwiony, że zmarznę w autobusie, bo przez cały dzień nie udało mi się nigdzie kupić nic ciepłego do ubrania. Niestety bluzy nie było.

Octave przyjechał na 2 dni do Sao Paulo. Miał ze sobą wielki plecak i walizkę. Nie omieszkałem zapytać po co mu tyle rzeczy. "Bo wiesz, ja zawsze lubię dobrze wyglądać i mieć wybór. Widzisz wziąłem cztery pary butów, bo nigdy nie wiem które w danej chwili będę chciał ubrać. A jeszcze jedno…" Zatrzymał się i wyciągną z walizki jedną z trzech bluz jakie ze sobą wziął. "Sprawdź czy Ci pasuje. Jest dla Ciebie, oddasz mi jak się nadarzy okazja.". Nie mogłem uwierzyć, znaliśmy się tylko chwilę. Po raz kolejny spotkałem się z totalnie bezinteresowną pomocą.

Na stacji Tiette kupiliśmy bilety, skoczyliśmy coś zjeść i każdy z nas poszedł na swój autobus. Strasznie się cieszę że go poznałem. Możliwe, że już wkrótce spotkamy się w Rio.

Noc w autobusie była bardzo zimna. Zmarzłem strasznie. Na szczęście bluza od Octave'a mnie trochę ogrzała. Tym razem nie miałem snów. Nie zasnąłem ani na chwilę.

W Belo Horioznte byłem o szóstej rano. Do domu wróciłem pieszo, szedłem ponad godzinę. Nie miałem ochoty spędzać kolejnych piętnastu minut w autobusie, po całonocnej podróży byłem strasznie zmięty.

Był to jeden z najlepszych weekendów jakie przeżyłem. Bawiłem się świetnie, a przy tym poznałem mnóstwo wspaniałych i uczynnych ludzi. Muszę przyznać, że szczęście nie opuściło mnie ani na chwilę.

Dwa dni później oglądałem wiadomości. Policjant śmiertelnie postrzelił siedemnastolatkę. Zaczęły się zamieszki. Na ulicę Sao Paulo wyszły tysiące ludzi. Wiele miejsc które widziałem stanęło w ogniu.

Komentarze

  1. Ja tez sie zalapalam do pokolenia rowerkow. Ej powiem Ci ze pierwszy raz tak mi sie Twoj wpis podoba. Sie wyrabiasz ... a moze to to co opisujesz jest takie fajne.. no sama nie wiem :D Ja tez musze w koncu jakies wrazenia z GE wpisac, ale jakos tak narazie nic specjalnego sie nie dzieje. Artykuly pisze :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisz Sis, pisz:) Moim wpisom jeszcze bardzo daleko poziomem do tych Twoich:)
    Co się tyczy tego wpisu, to co opisuje było naprawdę fajne;) Cheers;)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty