Plan na Sao Paulo

Biologiczny zegar zadzwonił przed siódmą. Postanowiłem wyjechać wcześniej. Przecież i tak na pewno spotkamy się za kilka godzin, pomyślałem.

Autobus jechał przez Campinas, a ja utwierdzałem się w przekonaniu, że to jest fajne miasto. To samo wrażenie co dzień wcześniej. Takiej lekkości.

Na dworcu autobusowym kupiłem bilet do Sao Paulo. Nie czekałem długo, wręcz przeciwnie, musiałem się dosyć pospieszyć, bo odjazd był w przeciągu kilku minut. Niecałe dwie godziny dzieliły mnie od największego miasta, w jakim do tej pory byłem. Nie wiem ilu dokładnie mieszkańców liczy Sao Paulo, ale według różnych źródeł od 16 do 22 milionów. Nawet dolna granica jest olbrzymia.

Siedząc w autobusie układałem sobie w głowie plan. Dlaczego zawszę to robię, skoro to wszystko to i tak jest abstrakcja? Nigdy nic nie idzie zgodnie z planem. Tym razem chciałem oszukać własny sposób myślenia, więc przygotowałem dwa plany. Ogólny i szczegółowy. Plan ogólny: dużo zobaczyć, przeżyć niezapomniane chwile, nie dać się obrabować i zabić. Plan szczegółowy: dojechać, skontaktować się z Daną i Pietro, pójść do parku Ibirapuera- podobno jedynego bezpiecznego miejsca w Sao Paulo, nie dać się obrabować i zabić, zaczekać na Danę i Pietro i później się coś wymyśli.

Po wyjściu z autobusu, przeczytałem sms'a: "Nie mogę się do Ciebie dodzwonić. Czekamy cały czas w domu.". No tak, mój brazylijski telefon znowu zafundował mi atrakcję. Szybko doładowałem komórkę. Dana i Pietro, cały czas byli w Campinas, bo nie mogąc się do mnie dodzwonić, doszli do wniosku, że coś mi się mogło stać, więc woleli zaczekać, jakbym zdecydował się wrócić. Pora już nie była najwcześniejsza, więc nie było mowy o tym, by przyjeżdżali tego dnia. Miałem dwie możliwości: albo wrócić wieczorem do Campinas, albo zostać w Sao Paulo.

Na dworcu wstąpiłem do informacji turystycznej. Wziąłem mapkę, zapytałem się gdzie nie należy się pojawiać, oraz dostałem kartkę z trzema adresami tanich hosteli. Wsiadłem do metra i pojechałem w stronę parku Ibirapuera.

Wysiadłem na stacji Paraiso. Stąd miałem jakieś dwadzieścia minut marszu do parku. Sao Paulo jest nazywane Brazylijskim Nowym Jorkiem, a park Ibirapuera tutejszym Central Parkiem. Ten drugi miałem już okazję zobaczyć, więc teraz był czas na jego południowoamerykańskiego bliźniaka.

W parku zorientowałem się że zgubiłem kartkę z adresami hosteli. Przyznam, że nie była to najlepsza nowina, biorąc pod uwagę, że byłem sam. A noc tutaj zaczyna się szybko. Jednak postanowiłem korzystać z tego, że jestem w takim wspaniałym miejscu.

Park, jak wiele ważnych miejsc w Brazylii, został zaprojektowany przez Roberto Burle Marx'a. Znajdują się w nim obiekty zaprojektowane przez Oscara Niemeyer'a. Odkąd przyjechałem do Brazylii, miałem okazję zobaczyć kilka ich realizacji. Stałem się ich wielkim fanem. Park jest olbrzymi. Tłumy ludzi biegają, jeżdżą na rowerach, rolkach. Jest tam mnóstwo ścieżek specjalnie stworzonych dla biegaczy. Mimo tak wielkiej ilości ludzi, można znaleźć miejsce dla siebie. Po to tylko, by sobie odpocząć, pomedytować. Są też korty, boiska do siatkówki, a nawet skate-park. Spacerowałem ponad dwie godziny, jednak nie zobaczyłem więcej niż połowę. Aby tak naprawdę zobaczyć cały park, potrzeba całego dnia.

Oprócz stawów, fontann, ciekawych roślin, w parku znajdują się różne obiekty. Między innymi kilka muzeów, planetarium, pawilon wystawowy, obelisk, oraz masa pomników i instalacji.



Wstąpiłem do Museu de Arte Moderna, aby zobaczyć wystawię zorganizowaną z okazji setnej rocznicy narodzin Roberto Burle Marx'a. Jego szkice, obrazy, projekty i zdjęcia jego realizacji. Genialne.

Robiło się coraz później, a ja nie miałem pojęcia, gdzie będę spać tej nocy. Obok wejścia do parku miał miejsce pokaz Capoeiry. Pokaz nie był przypadkowy, promował on akcję greenpeace. Jedna z wolontariuszek zaczęła mnie namawiać do podpisania petycji. Jestem otwarty na inicjatywy, mające na celu wsparcie naszego środowiska, więc bez wahania podpisałem. Korzystając z okazji, że mam możliwość porozmawiania po angielsku, zacząłem się wypytywać o jakieś tanie hostele w okolicy. Po chwili kombinowania, zrobiła na mojej mapce kółko i powiedziała, że gdzieś tutaj. Zadowolony, że swoim podpisem wsparłem greenpeace, ruszyłem przed siebie.

Po jakiejś godzinie czekania na autobus, pytania losowych ludzi na ulicy o kierunki etc. znalazłem się w dzielnicy Pinheiros. Jednak to dalej nie było rozwiązanie mojego problemu z noclegiem. Nikt nie słyszał tutaj o żadnym hostelu. Minuta, za minutą przeczesywałem przecznice Cardael Arcoverde. W pewnym momencie zobaczyłem parkę z dużymi, podróżnymi plecakami. Nie omieszkałem ich zapytać o hostel. Jak się okazało, również szukali noclegu, więc połączyliśmy swoje siły. Chwilę później staliśmy już w recepcji.

Claire i Eric to para z Francji. Przyjechali do Sao Paulo tego samego dnia co ja. Był to ostatni przystanek w ich brazylijskiej podróży. A podróżowali przez ostatnie dwa tygodnie. Jak na brazylijskie odległości, dwa tygodnie to nie jest dużo czasu, jednak z ich relacji dowiedziałem się że udało im się zobaczyć naprawdę sporo. Fajnie się złożyło, że razem trafiliśmy do tego hostelu. Już nie byłem sam.

Zatrzymaliśmy się w szesnastoosobowym pokoju. Warunki były naprawdę niezłe. Casa Club, bo tak nazywał się odnaleziony przez nas hostel, to nie taka zwykła noclegownia. Jest to również pub. Dlatego mało kto kojarzył, że w okolicy znajduje się jakieś tanie miejsce do spania. Dla gości dostępna jest kuchnia, oraz komputery podpięte do sieci. Żyć nie umierać.

Casa Club jest miejscem, które gromadzi mnóstwo młodych ludzi z całego świata. Wiele osób, które pojawiają się w Sao Paulo, właśnie tutaj się zatrzymuje. Wcale się im nie dziwię.

W czasie kolacji przygotowanej przez Claire i Erica poznałem trzech gości z Australii, którzy robili sobie trip po Ameryce południowej. Mieli dwa miesiące na to, by jeździć po całym kontynencie, aż im zazdroszczę. Jeden z Australijczyków miał poważny problem. Był użytkownikiem iPhone'a. Nie mógł złapać sieci, więc szukał na necie rozwiązania. Czytał wszystkie możliwe porady na forach internetowych. W końcu znalazł. Wymyślił, że to z powodu wysokiej temperatury. Ktoś na forum radził, by dać telefon na pół godziny do zamrażarki. Nie wiem w końcu, czy udało mu się go naprawić, ale dosyć nas to bawiło, jak co pięć minut sprawdzał, czy telefon jeszcze działa, trzaskając przy tym strasznie głośno drzwiczkami od lodówki.

Podobno sobotnia noc w Sao Paulo, jest najlepszą nocą w całej Brazylii. Była sobota, była noc, był to odpowiedni czas by sprawdzić prawdziwość tej informacji. W Casa Club był koncert. Gitara plus wokal plus bębenki. Klimat bardzo fajny. Poznałem kilka kolejnych osób. Simona z Nowego Jorku, Jacoba - właściciela Casa Club, dwie dosyć młode dziewczyny z Finlandii, które sobie przez pół roku podróżują po Brazylii. Miałem okazję jeszcze poznać Octavio z Rio de Janeiro i kilka mniej lub bardziej losowych osób. Jak się następnego dnia okazało, część z ludzi których poznałem nie była do końca losowa.

Impreza rozkręcała się w najlepsze. Jacob wyciągną mnie i Simona do jednego z klubów kilka przecznic dalej. Zespół grał sambę, ludzie tańczyli. Bardzo popularne są w Brazylii imprezy taneczne z muzyką na żywo. Było już grubo po pierwszej w nocy, więc zacząłem się zastanawiać, co się udało z mojego planu zrealizować, a co nie. Wciąż żyłem, więc ten punkt wypalił w obu planach. Nie spotkałem się z Daną, ale za to znalazłem miejsce do spania. Zobaczyłem kilka naprawdę fajnych miejsc. Poznałem mnóstwo nowych ludzi, wszystkie wrażenia są niezapomniane. A no jeszcze jedno, nie dałem się obrabować. Wtedy spojrzałem na stolik tuż koło mnie, na którym minutę wcześniej położyłem swoją bluzę. Bluzy nie było. Ech, tę akurat bardzo lubiłem, taka z kapturem i z zamkiem zapinającym się całkowicie - razem z kapturem. Poszukałem trochę i nic. Zapytałem barmana, czy nie widział, opisałem wygląd i kolory. "Tak, tak mamy taką bluzę za barem, damy Ci jak będziesz wychodzić.". Z takim zapewnieniem zacząłem jeszcze bardziej korzystać z czaru samby i sobotniej nocy w Sao Paulo. Muszę przyznać, że była to dla mnie niezapomniana impreza. Bawiliśmy się do piątej rano. Wychodząc podszedłem do baru, odebrać swoją bluzę. Oczywiście była to jakaś inna, a nie ta moja. No cóż, ale i tak część planu wypaliła.

Wróciłem do Casa Club, wdrapałem się na piętrowe łóżko i zasnąłem. Znów nie nastawiałem budzika.

Komentarze

  1. No masz szczescie ze sie tak dobrze bawiles, bo troche paniki bylo jak Dana nie mogla sie do Ciebie dodzwonic itd. Ja mam wszedzie swoich ludzi :D Niby sie nie odzywam, a i tak zawsze wszystko wiem ha ha ha ha !

    OdpowiedzUsuń
  2. Greenpeace... Nie popieram decyzji, porozmawiamy o tym kiedyś już w Polsce. Generalnie próbowałam porozmawiać z Greenpeace'owcami w Krakowie i nie bardzo się dogadywaliśmy. Lepiej wesprzeć WWF!

    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty