Foz do Iguaçu

Ech, trochę było kiepsko z wiosną w tym roku. Natura pokazała swoje drugie oblicze. Wulkaniczne chmury i powodzie. A miało być tak pięknie. Na szczęście mamy już lato. Za chwilę się zaczną upały, a naszym największym marzeniem będzie znalezienie skrawka cienia, ukrycie się w klimatyzowanym budynku lub samochodzie.

Początek lata, końcówka czerwcowej części sesji egzaminacyjnej, kolejna podróż w planach, a ja tu jeszcze nie wrzuciłem wszystkich zdjęć i tekstów, które planowałem wrzucić będąc jeszcze w Brazylii.

Czas to szybko nadrobić i wrzucić trochę orzeźwienia, dlatego chciałbym dzisiaj pokazać trochę zdjęć z Foz do Iguaçu.

Foz do Iguaçu, to chyba najbardziej niesamowite miejsce w jakim do tej pory byłem. Są tam najpotężniejsze wodospady na świecie, znajdujące się na granicy Brazylijsko - Argentyńskiej. Z Belo Horizonte, do Foz do Iguaçu leci się kilka godzin samolotem, gdyż wodospady znajdują się na południu Brazylii w stanie Paraná. Wodospady rzeki Iguaçu w około 30% znajdują się po stronie Brazylijskiej, a w pozostałych 70% po stronie Argentyńskiej. Będąc tam warto spędzić przynajmniej jeden dzień na każdej ze stron.

Cały wyjazd był organizowany na szybko. Sam jeszcze ledwo żyłem po tym dziwnym tropikalnym zatruciu - dokładnie nie wiem czym. Ale cóż, trzeba było jechać. Możliwe, że była to moja jedyna okazja w życiu, by zobaczyć to niesamowite miejsce. W podróż wybrałem się razem z Sarhą, Moisesem i Esmeraldą.

Zatrzymaliśmy się w małym hotelu po stronie argentyńskiej. Była to dla nas fajna odskocznia, bo każdy z nas już był trochę zmęczony brazylijską kuchnią, a w okolicy hotelu była spora liczba restauracji.

W sobotę zobaczyliśmy stronę Brazylijską wodospadów i załapaliśmy się na nocne zwiedzanie Itaipú. W niedzielę Argentyńską część. W poniedziałek rano udało nam się jeszcze pójść pełne zwiedzanie Itaipú. Jest to elektrownia wodna wybudowana na granicy Brazylijsko - Paragwajskiej, zapewniająca 30% prądu w Brazylii i ponad 90% prądu w Paragwaju. Chyba druga co do wielkości na świecie. W Ameryce południowej na pewno największa. Mieliśmy dosyć spore tempo, bo dwa i pół dnia, to takie minimalne minimum, żeby nacieszyć się przyrodą. Zresztą sami zobaczcie...
























Małe stadka tych rozkosznych zwierzątek rzucały się na turystów i wyrywały im kanapki. Wyglądają uroczo, ale widząc kanapkę zamieniają się w prawdziwe bestie;) Niestety nie wiem jak się nazywają. Macie może jakiś pomysł?

Komentarze

  1. co to za ryjowki ??? :D Swoja droga Twoj aparat robi zajebiste zdjecia, w porownaniu do tego mojego syfa. Pzdro !

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, no właśnie nie wiem co to za zwierzątka :P

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty