Oddech

Wyszedłem z samolotu. Niesamowite, że ten silnik wieje, aż tak gorącym powietrzem, prawie nie da się oddychać - pomyślałem. To nie był silnik.

Lot do Frankfurtu przesiedziałem w zawieszeniu, koło mocno wstawionego polaka. Co chwile coś mówił od rzeczy. Nie wsłuchiwałem się za bardzo. W końcu zasnął i do końca lotu miałem spokój.

Na lotnisku skończyłem czytać książkę (Sekret hiszpańskiej pensjonarki, Eduardo Mendozy, na prawdę polecam) i zjadłem zbożowy baton. Kiedy brak snu kończy u mnie trzecia dziesiątkę godzin, to zaczynam się coraz bardziej zawieszać. Podobnie było i tym razem. Siedziałem i patrzyłem na kartę pokładową. Gate B28. Dobra, jestem w sektorze B, teraz tu zaraz jest dwójka. Hmm gdzieś zaraz powinno być wyjście ósme. Bramka dwa osiem... Dopiero po jakimś czasie przypomniałem sobie starą zasadę, że niektóre cyfry pisane obok siebie tworzą liczby. W tym przypadku było podobnie. Chodziło o wyjście dwudzieste ósme. To jakże głębokie przemyślenie uświadomiło mi moje zmęczenie. Całościowe, wielotygodniowe zmęczenie.

Airbus 330 oderwał się od ziemi. Siedziałem przy oknie, mając wolne miejsce obok siebie. Na siedzeniu leżała poduszka i koc. Czasami tak proste rzeczy, potrafią sprawić tyle radości. Zasnąłem. Lot mijał spokojnie. Co jakiś czas wracałem ze swojego półsnu, by napić się wody i popatrzeć za okno. Coraz częściej spod chmur wyłaniały się pustynne piaski. Nowością była dla mnie możliwość zjedzenia obiadu prawdziwymi, metalowymi sztućcami. Myślałem, że procedury bezpieczeństwa zakazują wnoszenia na pokład samolotu ostrych narzędzi. Nie był to zwykły obiad, ponieważ jak się okazało, posiłki specjalne, w tym wegetariańskie trzeba zamawiać dzień przed wylotem. Jednak bardzo uprzejma stewardessa załatwiła mi wegetariański posiłek z menu dla pierwszej klasy. Musze przyznać, że był to najlepszy obiad jaki do tej pory jadłem w samolocie.

Koło dwudziestej pojawiła się informacja o konieczności zapięcia pasów i podchodzeniu do lądowania. To mogło oznaczać tylko dwie rzeczy, albo dolecieliśmy dwie godziny wcześniej niż miałem na bilecie, albo lądujemy w jakimś innym miejscu.

Lądowanie w Abu Dhabi było na prawdę długie. Samolot płynnie i bardzo powoli zniżał swoja wysokość. Jakby był zrobiony z papieru. Jednak sprawdziłem z czego wykonana jest ściana boczna kabiny. To na pewno nie był papier. Nie mniej jednak taki powolny lot nad Abu Dhabi trwał dobrze ponad 20 minut. Na zewnątrz było już ciemno. Tutaj noc zaczyna się szybciej.

Po ponad półgodzinnym postoju na lotnisku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, samolot ponownie wystartował. Cała ta akcja była dograna, jednak nie wiedziałem o tym, że samolot nie leci bezpośrednio do Maskatu. W sumie się nie dziwie, że łączą loty w obydwa te miejsca. Samolot był dosyć pusty. Widać, że te rejony świata, nie są jeszcze bardzo popularne wśród turystów, a na pewno nie o tej porze roku.

Wylądowaliśmy. Wyszedłem z samolotu. Niesamowite, że ten silnik wieje, aż tak gorącym powietrzem, prawie nie da się oddychać - pomyślałem. To nie był silnik.

Zawiał lekki wieczorny wiatr. Temperatura wynosiła niecałe czterdzieści stopni. Ten pierwszy oddech wilgotnym, omańskim powietrzem, aż zakręcił mi w głowie.

Na lotnisku poszedłem po wizę, trzymając w ręku wydruk pdfa, który wyglądał jak skan ksera z ksera i jeszcze z ksera wydruku z maszyny do pisania. Zupełnie nie czytelny. Dookoła było bardzo spokojnie. Nie było żadnych kolejek, uciażliwego sprawdzania pasażerów, dziesiątek ochroniarzy. Gdy tak obserwowałem lotnisko, podszedł do mnie jakiś arab. Pokazał mi oryginał dokumentu, który miałem przy sobie. Plan awaryjny nie był już potrzebny.

Kilka minut pózniej siedziałem w terenowym land roverze, słuchając arabskiego popu i obserwując luksusowe samochody na autostradzie prowadzącej z lotniska do centrum. Dzieki klimatyzacji mogłem znów zacząć normalnie oddychać.

Komentarze

Popularne posty