Wielkanoc

Gdy byłem dzieciakiem, na myśl, że zbliża się Wielkanoc traciłem humor. Zupełnie nie lubiłem tych świąt. Ba, nawet bardziej niż nie lubiłem. Wielkanoc nie była w stanie mnie do siebie w żaden sposób przekonać, tym bardziej, że to "najszczęśliwsze" wg. chrześcijan święto, uważałem za jedno z najsmutniejszych. Zero magii świąt Bożego Narodzenia - czekanie na pierwszą gwiazdkę, śnieg, liczenie na to, że może w tym roku moja świnka morska powie coś o północy, reklama coli z ciężarówką, prezenty, sernik, choinka, Kevin sam w domu i Szklana pułapka w TV - to tylko niektóre elementy, które uważałem za magiczne w Boże Narodzenie, w trakcie moich początkowych lat życia (teraz mam zupełnie inne podejście). A co mi miała do zaoferowania Wielkanoc? Tradycyjną już napiętą przedświąteczna atmosferę, konieczność posprzątania w pokoju, niemożność jedzenia słodyczy - bo wielki post, a w czasie samych świąt mało konstruktywne siedzenie przy stole, bardzo marne filmy w TV (święta tradycyjnie spędzaliśmy u babci, u której w przeciwieństwie do naszego mieszkania był telewizor) i konieczność pójścia do kościoła nawet w poniedziałek, przy czym dodatkowo musiałem uważać, żeby jakaś banda młodocianych kretynów nie wylała na mnie wiadra wody. Chociaż w głębi duszy im zazdrościłem, bo mieli trochę zabawy w te święta, w przeciwieństwie do mnie - ja nawet nikogo nie oblewałem wodą. Tyle. Oto cała moja młodociana Wielkanoc.

Pierwsza Wielkanoc, którą pamiętam zapowiadała się całkiem dobrze. Miałem wtedy 7 lat. W lokalnym radiu usłyszałem zapowiedź konkursu: "Konkurs na najładniejsze pisanki! Przynieś pisanki do naszej rozgłośni i wygraj rower". Tego nie mogłem przepuścić, wszak posiadanie roweru, było moim marzeniem, które na równi stawiałem z posiadaniem nowego komputera, bo moja cztery-osiem-szóstka i czarnobiały monitor, już nie dawały sobie za bardzo rady z nowymi grami. Razem z moją siostrą i ojcem podjęliśmy wyzwanie. Jajka ugotowaliśmy w łupkach od cebuli, żeby nabrały ciemnoczerwonego koloru. Następnie za pomocą nożyczek do paznokci wydrapywaliśmy na jajkach różne kurczaki, szlaczki i inne bazgroły. Oczywiście najfajniejsze pisanki zrobił mój starszy, widać było że od najmłodszych lat nie wypuszczał ołówka z ręki. Agata też już umiała co nieco wyrzeźbić na pisankach. Moje wydrapane pisanki musiały być koszmarne, chociaż mama z całą powagą i stanowczością twierdziła, że moje są najładniejsze. Anyway, zanieśliśmy w końcu moje, siostry i ojca pisanki do radia. Szybko okazało się, że nie byłem jedynym chętnym do zgarnięcia roweru. Chyba pół mojego miasta miała podobną chrapkę na ten rower co ja. No cóż, może jakoś się uda, pomyślałem. Wróciliśmy do domu i w napięciu siedziałem przy radiu czekając na wyniki. "Z powodu bardzo wysokiego poziomu i dużej ilości zgłoszeń, nie będziemy wybierać pisanek. W zamian za to zrobimy losowanie." - usłyszałem z głośnika. Czekałem dalej. W końcu odczytano nazwisko zwycięzcy. Niestety, rower trafił do innego dziecka. Było mi dosyć smutno, jednak to nie był koniec nagród. "Mamy do rozlosowania jeszcze dwie dodatkowe nagrody w postaci darmowej wizyty u kosmetyczki…" Chwilę później usłyszałem z głośnika, że jedną z nich zgarną mój ojciec.

Do kosmetyczki chyba w końcu poszła mama zamiast ojca, a ja rower dostałem dopiero na komunię.

Kolejne lata tych samych nudnych, schematycznych i przygnębiających Wielkanocy mijały dosyć szybko. Nie działo się zupełnie nic, no może poza tym że ojciec zgarnął jeszcze jedną nagrodę. Tym razem w konkursie radiowej Trójki odpowiedział na pytanie dotyczące jednego z utworów Kabaretu Starszych Panów. W nagrodę dostał jakiś żenujący film na VHS z Jean Claude van Damme'em w roli głównej oraz kubek Trójki. Kubek fajna sprawa, film raczej niewypał. Nie mieliśmy magnetowidu, przecież nie mieliśmy telewizora.

Duży zwrot w podejściu do Wielkanocy nastąpił  gdy byłem już w liceum, a później na studiach. Wiosna zaczynała się na dobre rozkręcać w okresie tego święta. Wybuchająca zewsząd zieleń drzew, ładowała mnie dużym optymizmem. Zaczynał się sezon rowerowy, pogoda była coraz ładniejsza, mogłem schować do szafy zimową kurtkę i w samej bluzie pójść na spacer. Wiosna, moja ulubiona pora roku. Wiosna, najlepszy czas by się zakochać.

Dodatkowo, drugi dzień świąt Wielkanocnych przestał mi się kojarzyć z tym, że mogę zostać oblany wodą na ulicy, przez grupkę dzieciaków, a zaczął mi się kojarzyć, że będę mógł wieczorem spotkać się ze znajomymi, pośmiać się i się czegoś napić.

Przez ostatnie dwa lata święta spędzałem u siostry. Agata studiowała w Genewie i ze względu na swoją pracę, która pozwalała jej opłacić koszty życia w tym cholernie drogim mieście, nie mogła przyjeżdżać na święta do Polski. Dlatego w okolicach wielkiej środy pakowałem plecak i wsiadałem w samolot. Mimo braku tradycyjnie zastawionego stołu, przy skromnych warunkach, jakie panowały w jej akademiku, było naprawdę super. Mieliśmy czas żeby pogadać, pójść na spacer, a wieczorem na imprezę. Mogłem w każdej chwili pójść pobiegać wzdłuż jeziora Genewskiego i zupełnie wyłączyć jakiekolwiek rozkminy. Dodatkowo dwa lata temu podczas Wielkanocy, udało mi się zaprzyjaźnić z pewną uroczą Gruzinką , a w zeszłym roku załapałem się na warsztaty z tworzenia muzyki elektro z wykorzystaniem interfejsów naturalnych (NUI), w ramach Electron Festiwal. Ostatnie dwa lata, to były chyba najlepsze święta Wielkiej nocy, jakie do tej pory miałem. Może mało tradycyjne i świąteczne, ale bardzo pozytywne.

W tym roku święta są dla mnie bardzo wyjątkowe, ponieważ po raz pierwszy od 3 lat wszyscy jesteśmy na miejscu. Cała rodzinka w komplecie. Wielkanoc przez ostatnie lata zaczęła nabierać dla mnie coraz bardziej rodzinnego charakteru. Z każdym rokiem czas, który spędzam z moimi najbliższymi, kurczy się nieubłagalnie. Święta, to ten moment, w którym możemy po prostu usiąść razem, pożartować, powspominać i cieszyć się nawzajem swoją obecnością - z wiekiem zrozumiałem, dlaczego dorośli potrafią siedzieć przy stole i się dobrze bawić. Zachowujemy elementy tradycji, ale najważniejszy dla nas wszystkich jest fakt, że jesteśmy razem. Nie ma żadnej spiny i przedświątecznej gorączki. Po prostu jesteśmy. Tyle, a raczej aż tyle.

Nowy, ale czy święta to nie coś więcej?

Chciałem w tym poście uniknąć rozkmin o życiu wiecznym, zmartwychwstaniu, religii i wierze. Jednak w końcu postanowiłem napisać kilka słów.

Wiele razy zastanawiałem się dlaczego święta Wielkiej nocy, są tak ważne dla chrześcijan. Sporo czasu poświęciłem na rozmyślanie o zmartwychwstaniu Jezusa (i co jakiś czas do tego wracam). Czy nauki Jezusa miałyby mniejszą wartość, gdyby zmartwychwstanie było tylko piękną metaforą?

Przez ostatnie lata poznałem wielu prawdziwie wierzących, a nie tylko tych zadeklarowanych chrześcijan. Poznałem muzułmanów, jednak nie tych "terrorystów i fanatyków", których sprzedają nam codziennie w mediach, tylko bardzo otwartych i przyjacielskich ludzi. Poznałem buddystów, głównie Zen, ateistów, ludzi wierzących tylko i wyłącznie w naukę oraz ludzi, którzy mają wszystko gdzieś i w ogóle nie zastanawiają się nad tym, skąd wzięła się nasza rzeczywistość i czy jest jeszcze jakaś inna. Wszystkie rozmowy i przemyślenia doprowadziły mnie do etapu, w którym jestem teraz. Chcę po prostu przeżyć dobre, ciekawe i uczciwe życie, nie krzywdzić innych i nie żałować nic na starość. Nie mam prawa oceniać i wypowiadać się na temat wiary innych, tak samo jak nikt nie ma prawa oceniać mojego podejścia. Wiara to sprawa tylko i wyłącznie indywidualna.

OK, tyle rozkmin na tego posta.

Na koniec chciałem złożyć wszystkim życzenia: Spokojnych świąt, bez stresu i na pełnym zrelaksowaniu. Na te kilka godzin spędzonych razem, warto odłożyć wszystkie problemy na bok i po prostu być.

Hiromi Uehara, to moje odkrycie sprzed kilku tygodni, dlatego na koniec wrzucam jej pozytywne nuty.


Wesołych!

Komentarze

Popularne posty