Pierwszy przystanek

Węgier: Rząd Orbana, to chyba najgorszy rząd w historii Węgier! - młody Węgier nie przebierał w słowach, komentując obecną sytuację na Węgrzech - Jego działania doprowadzą nasz kraj do ruiny.

Nowy: Pamiętam, że przez ostatnie lata macie dosyć gorąco. Parę lat temu były dosyć duże protesty, po tym jak ujawnione zostało nagranie, w którym ówczesny premier powiedział, że naród był okłamywany w kwestii faktycznego stanu gospodarki. To był chyba 2006 rok o ile się nie mylę...

Węgier: Tak, a teraz jest premier z drugiej strony barykady. Jest jeszcze gorszy niż poprzedni, ten to jest nacjonalista, chce zabić demokrację w naszym kraju, ogranicza nasze prawa i chce podporządkować sobie media. Nie pamiętam czasów, żeby było gorzej niż teraz. Jak tylko skończę studia, to się stąd wyprowadzam.

Nowy: Dokąd wyjedziesz?

Węgier: Chcę zostać w Europie, tak żebym mógł szybko wrócić do Budapesztu, jakby zaszła taka potrzeba. Nie chcę być za daleko od swojej matki i siostry. Prawdopodobnie wyjadę do Danii. Studiuję inżynierię żywności, więc dobrej pracy nie znajdę na Węgrzech, a w Danii jest spora szansa się gdzieś załapać.

Nowy: Z takim wykształceniem, to chyba najlepiej o pracę w USA. Oni tam mocno inwestują w badania nad żywnością. Generalnie i tak to wszystko, co jemy to jest syf, a będzie tylko gorzej.

Węgier: Będzie.

Pociąg zatrzymał się na stacji. Po nieprzespanej nocy w pociągu, jadącym na trasie Katowice - Budapeszt, wysiadłem na dworcu Kaleti, z którego udałem się poszukać jakiegoś taniego hostelu i zweryfikować na własne oczy, jak „źle” jest na Węgrzech.

 

Wejście na dworzec Kaleti, Budapeszt. (Fot. Nowy)
Znalezienie hostelu nie było taką prostą sprawą. Nie udało mi się zlokalizować hosteli w okolicy dworca Kaleti, których adresy wypisałem sobie jeszcze przed wyjazdem z Polski. Była ósma rano, dzień dopiero się zaczynał, a słońce zaczynało coraz mocniej świecić. Było bardzo ciepło. Postanowiłem zatrzymać się w pierwszym hostelu, na który trafię. Kluczyłem uliczkami Budapesztu, który nie przypominał już tego miejsca, które pamiętałem sprzed kilkunastu lat, zimowej podróży z moim ojcem i Bogusiem (ziomalem z podstawówki). Wtedy Budapeszt wydawał mi się jakiś taki wielki, poważny i totalny. Z tamtej podróży zapamiętałem zaledwie kilka miejsc, m.in. cytadelę, zamek, mosty na Dunaju i Mamuta - mall, do którego uwielbialiśmy przychodzić, żeby pojeździć ruchomymi schodami, odwiedzić sklep z grami komputerowymi i popatrzeć na fontanny w budynku i zjeść lody. Heh, jak ludzie się zmieniają, od lat malli nie lubię i uciekam z nich tak szybko, jak tylko się da. (BTW. Postaram się opisać na tym blogu Kanyon mall, znajdujący się w Stambule, który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, jeżeli chodzi o architekturę.). Wracając do poszukiwania hostelu. Rozglądałem się bacznie wokół siebie i pytałem co jakiś czas napotkane po drodze osoby, czy nie wiedzą gdzie znajduje się jakiś hostel. Spotkałem nawet ekipę młodych Polaków jadących na tripa do Grecji, z którymi sobie chwilę porozmawiałem i opowiedziałem im o swojej podróży. Pokazali mi, w którym miejscu znajduje się informacja turystyczna, do której od razu się udałem, a stamtąd dotarcie do hostelu zajęło mi już kilkanaście minut.

W hostelu niestety okazało się, że nie ma już miejsc. Jednak mogłem się tam chwilę zatrzymać, żeby poszukać innego hostelu, do którego mógłbym się udać.
Pod tym adresem znajduje się hostel Carpe Noctem Penthouse (Fot. Nowy)

Carpe Noctem Penthouse to chyba jeden z najbardziej imprezowych hosteli, jakie do tej pory widziałem. Jest to miejsce dla osób, dla których nie straszny jest bałagan w pokoju i którzy wolą się trochę wychillować i poznać fajnych ludzi z różnych stron świata, niż wstawać codziennie o 6 rano na pełnej spinie i zwiedzać miasto autobusem bez dachu, a potem latać po zabytkach z przewodnikiem Pascala. Obsługa i osoby, które poznałem były wobec mnie fest w porządku. Nie dość, że dwie dziewczyny (Kanadyjka i Nowozelandka), pomogły mi szukać w sieci innego hostelu, to obsługa sama zaproponowała mi żebym zostawił u nich rzeczy na cały dzień i bez mrugnięcia okiem pozwolili mi wziąć prysznic. Moje wrażenia dotyczące tego miejsca są bardzo pozytywne, więc odwiedzając następnym razem Budapeszt, będzie to pierwszy hostel, w którym będę chciał zarezerwować nocleg.
Wnętrze hostelu Carpe Noctem Penthouse (Fot. Nowy)
Wnętrze hostelu Carpe Noctem Penthouse (Fot. Nowy)
Carpe Noctem Penthouse znajduje się na ostatnim piętrze tej kamienicy (Fot. Nowy)

Szukanie innego hostelu wyglądało mniej więcej tak. Kanadyjka szukała na hostelworld.com jakiegoś miejsca w okolicy, gdzie następnie dzwoniłem i pytałem o kawałek materaca, tudzież podłogi.

Nowy: Przyjechałem właśnie do Budapesztu i potrzebuję się przekimać jedną noc, czy macie może miejsce?

Ktoś z hostelu: Niestety, wszystko jest już zajęte.

Nowy: Czy możesz mi polecić jakieś miejsce, w którym mógłbym spróbować coś znaleźć?

Ktoś z hostelu: Jasne, zadzwoń do [nazwa hostelu], ale pamiętaj, że jeszcze sezon się nie zaczął, więc sporo hosteli jest po prostu zamkniętych.

No i tak po obdzwonieniu 10 hosteli, doszedłem do wniosku, że to znak, by po raz kolejny zmodyfikować plany. Sprawdziłem rozkład jazdy pociągów i zadzwoniłem do Vlady, informując go, że przyjadę do Belgradu nieco wcześniej.

Do pociągu do Belgradu miałem ponad 12 godzin. Nauczony doświadczeniami pierwszej nocy spędzonej w podróży, chciałem uniknąć ewentualnych problemów braków miejscówek, więc przed udaniem się w miasto, wróciłem szybko na dworzec.

Zgłodniałem, więc postanowiłem coś wrzucić na ząb. Udałem się w miejsce zarekomendowane przez Kanadyjkę. Był pub Kiadó Kocsma. Kolejne miejsce, które z przyjemnością mogę polecić. Wystrój przypominał mi trochę gliwicki 4art z przed kilku lat. Na dole znajdował się bar i trochę stolików. Dodatkowo wewnątrz lokalu znajdowała się antresola, gdzie również można było usiąść. Gdy wreszcie usiadłem przy stoliku, zacząłem przeglądać kartę, a z głośników leciała Barabás Lőrinc Eklektric (zajebisty Węgierski zespół grający Jazz/ Lounge), wtedy po raz pierwszy od wyjazdu poczułem, że znowu jestem tam gdzie najbardziej kocham być, że jestem w podróży.
Szyld pubu Kiadó Kocsma (Fot. Nowy)
Wnętrze pubu Kiadó Kocsma (Fot. Nowy)
Wnętrze pubu Kiadó Kocsma (Fot. Nowy)
Budapeszt w pełnym słońcu, z tłumem ludzi na ulicach, nie przypominał już miejsca, które pamiętałem z dzieciństwa. Prezentował się bardzo dobrze i już nie tak surowo. Zważywszy na perspektywę spędzenia kolejnej nocy w pociągu, postanowiłem, że spędzę cały dzień na pełnym relaksie i nie będę się specjalnie spinał, żeby zobaczyć wszystkie możliwe miejsca. Poza tym zupełnie nie jestem typem gościa, który chodzi z przewodnikiem i robi zdjęcia zabytkom. Wychodzę z założenia, że akurat większości zabytków zdjęcia zostały już zrobione, w dodatku dużo lepszymi aparatami niż mój stary, obtłuczony Lumix, dlatego jak będę chciał zdjęcie jakiegoś zabytku, to poszukam w Internecie. Wolę robić zdjęcia rzeczom, które są raczej chwilowe (napisy na ścianach, ludzie, sytuacje), wszystko odkrywać po swojemu, rozmawiać z miejscowymi i cieszyć się z prostych rzeczy, takich jak choćby to, że mogę sobie poleżeć na murku opierając głowę o plecak.
Cały wyjazd planowałem poświęcić na to, by się wychillować, spotkać fajnych ludzi i trochę przemyśleć cały chaos mojego codziennego życia. Wszedłem na cytadelę, z której widać cały Budapeszt. Usiadłem na ławce i zacząłem spisywać losowe przemyślenia, które wpadły mi do głowy w ciągu całego dnia.

1. W podróży najbardziej lubię być w podróży. To, co sprawia mi najwięcej radości, to nie osiąganie celów, ale droga do nich. Dlaczego miałbym się cieszyć, tylko jak coś osiągnę, jak gdzieś dojadę etc. Lepiej jest się cieszyć przez cały czas i nawet jak się nie uda dojść tam gdzie założyłem, to nie ma już takiego znaczenia, bo i tak jestem bogatszy o nowe doświadczenia, mimo że te doświadczenia nie zawsze muszą być pozytywne i kolorowe.

2. Życie wspomnieniami to nie jest życie. To tylko imitacja życia, ponieważ wspomnienia istnieją tylko w naszym umyśle. Niektórym wspomnieniem trzeba po prostu pozwolić odejść, mimo że czasem są bardzo piękne, to będąc już tylko wspomnieniami potrafią mocno ranić.

3. Dużo na siebie biorę, przez co sporo spraw zostawiam niezałatwionych. Szybko wpadam w wir różnych obowiązków i znajduję milion powodów, żeby czegoś nie dokończyć. A później bardzo ciężko znaleźć motywację, żeby pozamykać niezałatwione sprawy. 

4. Chciałbym napisać książkę, ale jeszcze nie wiem o czym. Lubię opowiadać historie, pisanie też sprawia mi sporo frajdy, więc może to nie jest taki beznadziejny pomysł.

5. Jak ja całe życie mogłem nie lubić oliwek? Oliwki, szczególnie czarne są po prostu zajebiste, a ja przez ostatnie 24 lata życia unikałem ich jak ognia. Dopiero niecały rok temu zacząłem je jeść i teraz uważam, że są po prostu mega.

6. Łatwiej przychodzi mi poznawanie nowych ludzi, niż budowanie silnych relacji i związków. Mimo, że znam bardzo dużo ludzi, to posiadam tylko małą garstkę prawdziwych przyjaciół. Związki to generalnie długi temat i chyba napiszę o nich za jakiś czas trochę więcej.

7. Dawanie kasy żebrakom szkodzi nam i żebrakom. Mimo że czasem dorzucałem się komuś do taniego wina, kupowałem dzieciakom, albo jakiejś staruszce jedzenie, to i tak czuję, że wcale im nie pomogłem, tylko takim działaniem mogłem im wbrew pozorom zaszkodzić. To przemyślenie naszło mnie, gdy podszedł do mnie na ulicy facet i pokazał mi dziurę w swojej szyi, która była prawdopodobnie wynikiem jakiejś ciężkiej operacji. Co by to zmieniło, że dałbym mu te kilka forintów? Rozumiem, że gość jest w ciężkiej sytuacji, że jego stan zdrowia jest bardzo zły, ale on nie chce pieniędzy, do tego, żeby zapłacić sobie za operację, albo rehabilitację, tylko wykorzystując swój ciężki los, którego mu bardzo współczuję, próbuje wyłudzać kasę na empatii innych. Kurwa, to przecież tak nie działa. On sobie sam w ten sposób szkodzi. Te wyżebrane pieniądze nie dają mu nawet nadziei na lepszy los, tylko pogrążają go w coraz większym poczuciu beznadziei i utrzymują go w stanie bycia ofiarą. Dając rybę, tak naprawdę wydaje nam się, że komuś pomagamy, a bardziej sobie próbujemy pomóc, bo chcemy o sobie myśleć, że jesteśmy zajebiści i miłosierni. To niestety tak nie działa. Ten, który tę rybę zjada, to tylko przedłuża swoje cierpienie, i rozgląda się za kolejną osobą, która da mu rybę, niż zacząć szukać tego, który da mu wędkę i nauczy go łowić. Dobrze jest mieć oparcie w innych, ale najważniejsze jest stać na własnych nogach.

8. Dużo ostatnio myślę o śmierci. Wydaje mi się, że ten pierwiastek życia, który w nas siedzi, jest wieczny, tylko co jakiś czas zmieniamy fizyczną formę. Wróciłem na chwilę myślami do rozmowy, którą prowadziłem ze swoim ojcem w drodze na dworzec w Katowicach:

Nowy: Wiesz, śniło mi się wczoraj, że umarłem. Okazało się, że po śmierci byłem taką małą iskrą, która opuszczając moje ciało, dołączyła do takiej wielkiej iskrzącej kuli.

Ojciec: Ta iskra nigdy tej kuli nie opuściła.

Nowy: Hmm... chyba coś w tym jest...

9. Ech... Co robią teraz moi rówieśnicy? - pomyślałem. Mam 25 lat i rozkminiam nad sensem życia, własnymi wartościami, szukam odpowiedzi na pytania, które zadaję sobie od wielu lat. Shit, może powinienem już teraz mieć żonę, dziecko, spłacać kredyt za mieszkanie i samochód. A tu ani własnego mieszkania, ani fury, ani panny, tylko rozkminy nad sensem życia i pomysły na kolejne podróże.

Zaczęło się powoli ściemniać. Zszedłem z cytadeli i zrobiłem sobie jeszcze krótki spacer wzdłuż Dunaju, podczas którego starałam się już w ogóle o niczym nie myśleć. Gdy zrobiło się już całkiem widno, poszukałem jakiegoś spokojnego miejsca, by wrzucić jakąś kolację, a następnie udałem się na pociąg do Belgradu.

Dzień spędzony w Budapeszcie był bardzo udany. Całe miasto odkryłem na nowo i nadpisałem stare wspomnienia, które miałem sprzed kilkunastu lat. Budapeszt prezentował się na pewno lepiej niż, gdy budowałem swoje wyobrażenie słuchając w pociągu młodego Węgra, narzekającego na sytuację swojego kraju. 

Następnego dnia miałem zobaczyć jedno z najciekawszych miast, w jakich do tej pory byłem. Jednak o Belgradzie opowiem w następnych wpisach. Zapraszam już wkrótce.
Pierwszy widok po wyjściu z dworca Kaleti (Fot. Nowy)
Nawet brzydka i zwyczajna ściana z dykty może wyglądać fajnie (Fot. Nowy )
Zamek królewski widziany z cytadeli. (Fot. Nowy)
Zakochani przyczepiają razem kłódkę i wspólnie wyrzucają kluczyk. Takich kłódek w jednym parku widziałem tysiące. (Fot. Nowy)

Niektóre znaki się do nas uśmiechają, trzeba tylko się dobrze przyjrzeć (Fot. Nowy)

Komentarze

  1. świetna relacja, którą się po prostu połyka w całości. przyciągnie, zainteresuje i rozbudza chęć przygody! :)

    a co do V. Orbana i rządów na Węgrzech - z tą polityką to jest tak, że jakbyś siadł w innym wagonie, mógłbys usłszeć coś przeciwnego. tak jak i u nas.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki wielkie Danielu :D

    Wiesz, trudno powiedzieć, czy usłyszałbym coś przeciwnego w innym wagonie. Rozmawiałem niedawno z koleżanką, która była prawie w tym samym czasie w Budapeszcie co ja i mieszkała u couch surferki, która również bardzo mocno narzekała, na to co się obecnie dzieje na Węgrzech. Tak więc, nie był to przypadek odosobniony.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty