Nowy, Ty se żyjesz...

Tak by można było z pewnością pomyśleć. A jak jest na prawdę? Ostatnio poddałem tę tezę głębszej rozkminie i doszedłem do wniosku, że "nie do końca se żyję...".

"No ale brakuje Ci czegoś? Tyle osób dałoby się pokroić za dziesiątą część tego co masz.". Wrong. Nie chodzi tutaj o rozkminę, na poziomie posiadanych dóbr. Zresztą nie wiem, czy szesnastoletni, trzydrzwiowy Opel Astra, który nawet nie jest mój, tylko mojego ojca, telefon z jabłkiem, który spłacam Playowi w comiesięcznych rachunkach i kilka szmat kupionych na wyprzedaży w Cropie, to wyznaczniki luksusu. Mam tyle co mam i nie zauważam w sobie potrzeby posiadania czegoś więcej. Żyję skromnie i taki tryb życia mi odpowiada.

"Ale przecież masz zajebistą pracę! Czemu narzekasz, przecież tyle osób jest bez pracy.". I tutaj wdziera się kolejny błąd w myśleniu wielu osób, z którymi rozmawiam. Nie narzekam na pracę! Serio uwielbiam swoją pracę. Robię zdecydowanie to, co lubię i jeżeli NASA, albo Europejska Agencja Kosmiczna nie wrzuci jakiejś fajnej oferty dla projektanta UX, to raczej nie będę chciał zmienić pracy. Ale przecież sama praca nie stanowi o jakości wszystkich obszarów naszego życia.

"I przy tym wszystkim robisz jeszcze tyle innych rzeczy...". No właśnie. Robię. Staram się jakoś nie tracić za bardzo czasu, wkręcam się w różne inicjatywy, ale przy większej liczbie inicjatyw, i w tym można się pogubić.

"To w takim razie, gdzie leży problem?" Jak to gdzie? We mnie.

Sporo ostatnio kminię na temat wartości, które kierują moim życiem, cytując klasyka, zacząłem myśleć nad tym, ile, z tego co robię w życiu, na prawdę warto, a ile się tylko opłaca. I czy wszystko co warto się opłaca, i wszystko, co opłaca się, warto? Wnioski mam takie, że z pewnością wiele rzeczy warto, kilka zupełnie nie warto, ale wiele też: warto by było, ale nie ma kiedy, nie mam na nie  siły, czy też wystarczającej motywacji etc. Krótko mówiąc, podczas owej rozkminy wyszło mi, że mam kilka obszarów w życiu, które zdecydowanie trzeba pochytać, bo na serio jest słabo i jak teraz czegoś nie zrobię, to będzie tylko gorzej.

Po raz kolejny postanowiłem się ogarnąć. Przy czym, mój plan nie zakłada miliona nowych inicjatyw, które spowodują moje niesamowite ogarnięcie. Mój plan, jest dużo prostszy. Chcę po prostu skończyć to, co zacząłem.

Moje ostatnie obserwacje wykazały, że nowe wyzwania, niektóre nawet mocno ambitne i ryzykowne, motywują mnie do działania, jednak to co mnie cholernie hamuje, to stare zobowiązania. Zarówne te wobec innych, jak i te wobec samego siebie. Każde nowe wyzwanie, gdy jest niedokończone staje się niespełnionym zobowiązaniem, więc póki co muszę zwolnić z generowaniem kolejnych pomysłów na życie. Dopóki nie ogarnę tego, co już zaplanowałem, albo świadomie i na spokojnie nie podejmę decyzji że coś olewam, to nie dam rady ruszyć z niczym nowym, tylko dalej będę tkwił w stanie zawieszenia, którymi mi zupełnie nie odpowiada.

Tak więc, moi drodzy, kończę to co zacząłem lub wcześniej zaplanowałem, by wyzwolić się z tego bałaniarskiego trybu, w którym teraz żyję. Plan, który chcę zrealizować musi się zamknąć w ciągu 4 miesięcy.

A co potem? Potem pakuję plecak i wyjeżdżam w jakąś dłuższą podróż. Nie wiem jeszcze dokąd, ale na pewno wiem, po co: żeby po prostu być w podróży ;)

"Nowy, a co z blogiem? Czy teraz już włączasz tryb jeden, pełen banału, wpis na rok?" Szeczrzę, to nie wiem. Jak znajdę chwilę czasu, to wrzucę teksty, które popełniłem podczas ostatniej podróży pociągiem do Stambułu. Ale czy i kiedy znajdę ten czas, trudno powiedzieć. Jak uporządkuję poważniejsze sprawy w życiu, to może i bloga zacznę pisać regularnie. Zobaczymy.

Teraz czas skreślić pierwszą rzecz z mojej nowej, a w zasadzie bardzo starej, TODO listy i wziąć się za ogarnianie kolejnych zaległych spraw.

Komentarze

  1. Proszę znajdź czas... na pisanie, nie tylko "do szuflady".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty